Menu

Zaginiony stradivarius – John M. Falkner (1)

17 stycznia 2018 - TŁUMACZENIA
Zaginiony stradivarius – John M. Falkner (1)

Powieść Johna M. Falknera „The Lost Stradivarius” z 1895 roku w odcinkach. W tym wpisie publikuję pierwszy rozdział. Tłumaczenie jest w pełni moją własnością.

Zaginiony stradivarius

JOHN MEADE FALKNER

1895


List od PANNY SOPHII MALTRAVERS do jej bratanka, SIR EDWARDA MALTRAVERSA, wówczas studenta Christ Church w Oksfordzie.

Pauncefort Buildings 13, Bath, 21 października 1867 r.

MÓJ DROGI EDWARDZIE!

Twój nieżyjący ojciec przed śmiercią życzył sobie, aby pewne wydarzenia, które miały miejsce w jego ostatnich latach, zostały Ci opowiedziane, gdy będziesz starszy. Ograniczyłam się do opisania ich po części na podstawie moich własnych wspomnień – które wciąż niestety pozostają zbyt żywe – a po części posiłkując się notatkami sporządzonymi w czasie, gdy brat mój był umierający. Ponieważ jesteś już pełnoletni, przedstawię Ci tę opowieść. Znaczna jej część jest dla mnie siłą rzeczy niezmiernie bolesna do spisania, ale jednocześnie uważam, że lepiej się stanie, jeśli poznasz prawdę ode mnie, aniżeli miałbyś wysłuchać przeinaczonych opowieści innych ludzi, którzy nie kochali Twojego ojca tak jak ja.

Kochająca ciotka
SOPHIA MALTRAVERS

Do sir Edwarda Maltraversa, barona


Nauka w niewłaściwym czasie jest jak muzyka w czas smutku.

(Syr 22: 6)


OPOWIEŚĆ PANNY SOPHII MALTRAVERS

ROZDZIAŁ I

Twój ojciec, John Maltravers, urodził się w 1820 roku w Worth i został spadkobiercą naszego ojca, który zmarł, gdy byliśmy jeszcze dziećmi. John we własciwym czasie został posłany do Eton, a w 1839 roku, kiedy miał dziewiętnaście lat, zostało postanowione, że powinien pójść do Oksfordu. Początkowo zamierzano zapisać go do Christ Church, ale doktor Sarsdell, który złożył nam wizytę w Worth latem 1839 roku, przekonał pana Thoresby’ego – naszego opiekuna – żeby zamiast tego wysłać go do Magdalen Hall. Doktor Sarsdell sam był dyrektorem tej instytucji i stwierdził, że John, który w owym czasie wykazywał pewne przejawy delikatności, spotka się z większą osobistą uwagą pod jego opieką, niż mógłby mieć nadzieję na jej zapewnienie w tak dużym kolegium jak Christ Church. Pan Thoresby, zawsze zatroskany o swojego podopiecznego, bez wahania odstąpił od dalszych namysłów na rzecz ustaleń, które uznał za sprzyjające zdrowiu Johna, i ten immatrykulował się w Magdalen Hall jesienią 1839 roku.

Doktor Sarsdell nie zapomniał o złożonej obietnicy sprawowania opieki nad moim bratem i zapewnił mu znakomity pokój dzienny na pierwszym piętrze z przylegającą do niego sypialnią i widokiem na New College Lane.

Pominę dwa pierwsze lata pobytu mojego brata w Oksfordzie, ponieważ nie wiążą się one w żaden sposób z obecną historią. Minęły, bez wątpienia, w zwyczajnej rutynie pracy i rozrywek popularnych w Oksfordzie w tamtym okresie.

John już od najwcześniejszego dzieciństwa żarliwie oddawał się muzyce i opanował biegle umiejętność gry na skrzypcach. W semestrze jesiennym 1841 roku poznał pana Williama Gaskella, bardzo utalentowanego studenta New College i więcej niż znośnego muzyka. Praktykowanie muzyki było wówczas znacznie mniej powszechne w Oksfordzie aniżeli stało się od tamtej pory. Nie istniały żadne z tych towarzystw, które obecnie robią tak wiele, aby promować jej naukę wśród studentów. Gdy zatem okazało się, że jeden z nich jest tak oddany fortepianowi, jak drugi grze na skrzypcach, stało się to powodem do wielkiej satysfakcji dla obu młodzieńców, a później silnym spoiwem ich przyjaźni. Pan Gaskell, choć w korzystnej sytuacji materialnej, nie posiadał w swoich pokojach fortepianu i cieszył się, że może korzystać ze znakomitego instrumentu D’Almaine, który John otrzymał w tym semestrze w prezencie urodzinowym od swojego opiekuna.

Od tamtego czasu dwaj studenci często się spotykali i w semestrze jesiennym 1841 roku oraz w semestrze wielkanocnym 1842 roku ćwiczyli w pokojach Johna grę różnych gatunków muzycznych: on wykonywał partię skrzypiec, a pan Gaskell – fortepianu.

Było to, jak sądzę, w marcu 1842 roku, kiedy John zakupił do swoich pokoi mebel, który miał później odegrać dość ważną rolę w historii, którą opowiadam. Był to bardzo duży i niski fotel wiklinowy o formie modnej wówczas w Oksfordzie, który od tamtego czasu – jak mi wiadomo – stał się popularnym przedmiotem w większości uniwersyteckich pokoi. Wyściełany był perkalem w krzykliwe wzory i został nabyty w stanie nowości od tapicera na końcu High Street.

Pan Gaskell pojechał z wujem spędzić Wielkanoc w Rzymie, a otrzymawszy na uczelni specjalny urlop w celu wydłużenia swojej podróży, wrócił do Oksfordu dopiero trzy tygodnie po rozpoczęciu semestru letniego, gdy maj trwał już na dobre. Tak niecierpliwie wyczekiwał spotkania ze swoim przyjacielem, że jeszcze pierwszego wieczoru po powrocie nie omieszkał złożyć Johnowi wizyty. Dwaj młodzieńcy siedzieli bez światła do późnej nocy. Pan Gaskell miał wiele do opowiedzenia o swoich podróżach, a w szczególności mówił o pięknej muzyce, którą słyszał w Wielkanoc w rzymskich kościołach. Pobierał też lekcje fortepianu u sławnego profesora stylu włoskiego, ale wydawał się szczególnie zachwycony muzyką siedemnastowiecznych kompozytorów. Przywiózł kilka okazów ich kompozycji na fortepian i skrzypce.

Było już po godzinie jedenastej, kiedy pan Gaskell wyszedł, aby wrócić do New College, jednak noc była wyjątkowo ciepła, księżyc znajdował się niemal w pełni, i John siedział przez pewien czas na miękkiej sofie przy otwartym oknie, rozmyślając nad tym, co usłyszał o muzyce Włoch. Nie odczuwając jeszcze ochoty na sen, zapalił jedną świecę i zaczął wertować utwory muzyczne, które pan Gaskell zostawił na stole. Jego szczególną uwagę zwróciła podłużna książka w oprawie z zabrudzonego welinu, z pozłacaną tarczą herbową wytłoczoną na grzbiecie. Była to kopia rękopisu wczesnych suit Grazianiego na skrzypce oraz klawesyn i najwyraźniej została sporządzona w Neapolu w roku 1744, wiele lat po śmierci tego kompozytora. Chociaż atrament był żółty i wyblakły, kopia została wykonana precyzyjnie i doświadczony muzyk mógł ją odczytać bez większego problemu mimo staroświeckiego zapisu.

Być może przez przypadek, a być może wiedziony tajemniczymi siłami, których nasze umysły nie są zdolne pojąć, zatrzymał wzrok na czteroczęściowej suicie z basso continuo bądź basem figuralnym na klawesyn. Inne suity w książce były jedynie ponumerowane, ale tę jedną kompozytor uhonorował nazwą „l’Areopagita”. Niemal mechanicznie John ułożył książkę na stojaku na nuty, wyjął skrzypce z futerału i po chwili strojenia wstał i zagrał pierwszą część, żywe coranto. Płomień pojedynczej świecy płonącej na stole był ledwie wystarczający do oświetlenia stronicy – cienie zawisły w zagnieceniach kartek, które przeobraziły się w pofalowane zagięcia niekiedy widoczne w księgach wykonanych z grubego papieru, gdy pozostają zamknięte przez długi czas – i z trudnością przychodziło mu odczytanie tego, co grał. Towarzyszył mu jednak dziwny ponaglający impuls muzyki starego świata i nawet nie przerwał, żeby zapalić świece przygotowane w świecznikach po obu stronach biurka. Po coranto była sarabanda, po niej zaś nastąpiła gagliarda. Brat mój stał i grał, z twarzą zwróconą w stronę okna, pokój i duży wiklinowy fotel, o którym wspominałam, znajdowały się za jego plecami. Gagliarda rozpoczynała się śmiałą i żywą melodią i gdy odegrał otwierające takty, usłyszał za sobą skrzypnięcie wiklinowego fotela. Dźwięk brzmiał niezwykle znajomo – jakby ktoś oparł dłonie o poręcze fotela, przygotowując się, aby w nim usiąść. Po nim nastąpił kolejny – tym razem jakby ta sama osoba wygodnie się usadowiła. Poza brzmieniem skrzypiec, wokół panowała cisza i skrzypienie fotela było dziwnie wyraźne. Złudzenie było tak silne, że mój brat nagle przestał grać i odwrócił się w oczekiwaniu, że to jakiś niemogący spać znajomy zakradł się znienacka wiedziony dźwiękami skrzypiec albo sam pan Gaskell postanowił wrócić. Po przerwaniu gry zapanowała absolutna cisza, światło pojedynczej świecy ledwie sięgało ciemniejszych kątów pokoju, jednak docierało do wiklinowego fotela, który był wyraźnie pusty. W połowie rozbawiony, a w połowie zirytowany, że bez powodu przerwał grę, mój brat powrócił do gagliardy, jednak pod wpływem jakiegoś impulsu zapalił świece w świecznikach, które dawały oświetlenie bardziej adekwatne do okoliczności. Gagliarda i ostatnia część, menuet, dobiegły końca i John zamknął nuty, zamierzając, jako że było już późno, udać się do łóżka. Gdy przewrócił stronice, skrzypienie wiklinowego fotela ponownie przykuło jego uwagę i wyraźnie usłyszał dźwięki przypominające te wydawane przez osobę podnoszącą się z pozycji siedzącej. Tym razem, mniej zaskoczony, potrafił bardziej trafnie ocenić możliwe powody tych okoliczności i szybko doszedł do wniosku, że w fotelu musi znajdować się wiklina reagująca na określone tony skrzypiec, tak jak szyby w kościelnych oknach wibrują w takt pewnych tonów organów. Mimo że argument ten wydawał się mu rozsądny, jego wyobraźnia nie do końca była przekonana i nie mógł oprzeć się wrażeniu, że drugie skrzypnięcie fotela nie przez przypadek zbiegło się z zamknięciem nut, i bezwiednie wyobraził sobie dziwnego gościa czekającego, aż muzyka ucichnie, aby wstać i wyjść.

Przypuszczenia te jednak nie przeszkodziły mu w zaśnięciu ani nie niepokoiły go w snach i następnego ranka obudził się z chłodniejszym umysłem i mniejszą skłonnością do snucia fantastycznych wyobrażeń. Jeśli dziwny epizod z poprzedniego wieczoru nie zniknął całkowicie z jego umysłu, to przynajmniej wytłumaczenie dotyczące akustyki, o którym wzmiankowałam powyżej, wydawało się w pełni wystarczające. Choć spotkał się rano z panem Gaskellem, nie widział potrzeby wspominania mu o tak banalnych okolicznościach, ale zaprosił go do siebie na kolację tego wieczoru, po której mieli umilić sobie czas, próbując zagrać muzykę włoską.

Chwilę po dziewiątej tego wieczoru – po zjedzeniu kolacji – pan Gaskell usiadł do fortepianu, a John nastroił skrzypce. Wieczór chylił się ku końcowi (po południu przeszła silna ulewa z piorunami) i wilgotne powietrze wisiało teraz ciężko i parowało, a przez nie przebijały się odległe drgania tenorowego dzwonu w Christ Church. Wybijał zwyczajowe sto jeden uderzeń, które rozbrzmiewają co wieczór w trakcie roku akademickiego jako sygnał do zamykania bram kolegium. Dwaj młodzieńcy dobrze się bawili przez pewien czas, wykonując najpierw suitę Cestiego, a następnie dwie wczesne sonaty Buononciniego. Obaj byli wystarczająco biegłymi muzykami, a czytanie a vista sprawiało im raczej przyjemność niż trud, szczególnie Pan Gaskell dobrze orientował się w teorii muzyki i prawidłowej interpretacji basso continuo. Po Bononcinim pan Gaskell sięgnął po podłużną kopię Granzianiego i przerzuciwszy kartki, zaproponował, żeby zagrali tę samą suitę, którą John wykonywał sam poprzedniego wieczoru. Jego wybór był – jak się wydaje – całkowicie przypadkowy, gdyż mój brat celowo powstrzymywał się od skierowania jego uwagi w jakikolwiek sposób na ten właśnie utwór. Zagrali coranto oraz sarabandę i w niezwykłej fascynacji muzyką John całkowicie zapomniał o epizodzie z poprzedniego wieczoru, kiedy – gdy rozpoczęła się śmiała melodia gagliardy – nagle zdał sobie sprawę z tego samego dziwnego skrzypienia wiklinowego fotela, które zwróciło jego uwagę za pierwszym razem. Dźwięk był identyczny i tak samo przypominał odgłos siadającej osoby, że aż spojrzał na fotel, niemal dziwiąc się, że jeszcze wygląda na pusty. Pan Gaskell, mimo że na chwilę gwałtownie odwrócił głowę, żeby się rozejrzeć, nie usłyszał żadnego dźwięku i mój brat – zawstydzony, że okazał nierozsądne zainteresowanie bądź ekscytację – kontynuował gagliardę, z powtórzeniem. Gdy dobiegła końca, pan Gaskell przerwał przed przejściem do menueta i obróciwszy stołek, na którym siedział, w stronę pokoju, zauważył:

– Bardzo to dziwne, Johnnie – obaj młodzieńcy byli w wystarczająco zażyłych stosunkach, żeby zwracać się do siebie w poufały sposób. – Bardzo to dziwne! Wydawało mi się, że słyszę, jak ktoś siada w fotelu, gdy zaczęliśmy gagliardę. Odwróciłem się, spodziewając się, że zobaczę kogoś, kto wszedł. Czy ty niczego nie słyszałeś?

– To tylko zaskrzypiał fotel – odpowiedział mój brat, udając obojętność, której wcale nie odczuwał. – Pewne części wikliny wydają się współbrzmieć z muzyką i reagują na określone tony. Przejdźmy do menueta.

W ten sposób dokończyli suitę. Pan Gaskell domagał się powtórzenia gagliardy, której melodia bardzo mu się podobała. Ponieważ zegary wybiły już jedenastą, postanowili nie grać więcej tego wieczoru i pan Gaskell wstał, zdmuchnął świece, zamknął fortepian i odłożył nuty na bok. Mój brat często mnie zapewniał, że był w pełni przygotowany na to, co nastąpiło, a wręcz spodziewał się tego: po odłożeniu nut słychać było skrzypienie wiklinowego fotela, bardzo podobne do tego, które usłyszał, gdy przestał grać poprzedniej nocy. Nastąpiła chwila ciszy, młodzieńcy bezwiednie spojrzeli na siebie i wtedy odezwał się pan Gaskell:

– Nie potrafię pojąć skrzypienia tego fotela, nigdy wcześniej nie miało miejsca, gdy graliśmy. Być może ponosi mnie wyobraźnia i ekscytuję się wspaniałymi melodiami, których dziś wysłuchaliśmy, ale odnoszę wrażenie, że nie mogę zarzucić myśli, iż przez cały ten czas ktoś siedział i słuchał nas, a teraz, gdy koncert zakończył się, wstał i wyszedł.

Jego słowa miały żartobliwy charakter, lecz ton nie był już tak lekki jak zwykle. Wyraźnie czuł się nieswojo.

– Spróbujmy ponownie zagrać gagliardę – powiedział mój brat. – To wibracje pierwszych nut oddziałują na wiklinę i powinniśmy sprawdzić, czy hałas się powtórzy.

Jednak pan Gaskell wymówił się od eksperymentu i po zdawkowej rozmowie, do której żaden z nich wyraźnie nie przywiązywał większej wagi, wyszedł i udał się do New College.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *